Przeskocz do treści

Revowa Opowieść Wigilijna 1/4

Rozdział I

Łódź, dwudziesty drugi grudnia roku 2011. Zimny, pochmurny poranek. Ludzie pośpiesznie przemieszczali się z domów do prac, wykorzystując w tym celu komunikację miejską i samochody. Na ulicach wielu ludzi, przy czym większość tej grupy stanowiła wszelkiej maści moheriada. Drugą grupą społeczną zaludniającą ponure ulice miasta – młodzież szkolna. Jak nie torba z zakupami to plecak, jak nie glany to półbuty. Bez wyjątku, w całym centrum.
Na jeden z przystanków przyjechał tramwaj. Żółto-czerwony, wypełniony ludźmi po brzegi. Drzwi się otworzyły. Fala złożona z emerytów hurmem rzuciła się do wyjścia.
Pośród nich jeden młodzieniec.
Wysiadł na peron, rzucając zjadliwe spojrzenie jakiejś staruszce za nim, która przed chwilą przypadkowo potraktowała go parasolką. Natychmiast odszedł na bok, i w tym samym momencie zadzwonił jego telefon. Wyjął komórkę z kieszeni swoich czarnych bojówek. Na ekranie wyświetlił się napis „Tata”.
Wyciszył telefon i ruszył ulicą.
W międzyczasie minął wiatę przystankową. Mijając jej ściankę, ujrzał swoje odbicie. Młoda, nieco zarośnięta twarz. Długie, orzechowe włosy, związane w kucyk, sięgający do łopatek. Na głowie szara czapka. Przymrużone oczy, których koloru nie można było rozpoznać – każda osoba twierdziła, że kolor jest inny niż ten, który podał poprzednik. Duży, w tej chwili zaczerwieniony nos, i popękane usta. Nie spodobał mu się ten widok.
– Oj, chłopie… Zapuściłeś się. mruknął na tyle cicho, że nikt nie mógł tego usłyszeć. Jeszcze chwilę postał i popatrzył się na swoją postać, po czym wzruszył ramionami i ruszył w sobie znanym kierunku.

* * *

Nie cierpię centrów handlowych.
Pierwsze negatywne uczucia wzrastają we mnie już przed wejściem. Gigantyczny budynek, niewiele mniejsze drzwi, pod budowlą mnóstwo ludzi. Pewnie czekają na umówioną osobę. Niedaleko od wejścia armia ulotkarzy. W losowych miejscach pomiędzy przejściem podziemnym a wejściem do galerii – chmary ludzi. Nie cierpię tłumów. W ogóle nie cierpię ludzi.
Ale dzisiaj trzeba się poświęcić.
Co taki odludek jak Been robi na dwa dni przed świętami w takim miejscu? Ano, trzeba prezent kupić. Pomimo tego, że nie lubię człowieczeństwa, polubiłem się ostatnio z kilkoma osobami, w tym z pewną dziewczyną. Dziewczyna ta z dnia na dzień roztaczała wokół mnie swój urok, zaczynała rozpalać moją wyobraźnię, powodowała tęsknotę i westchnienia… Nie wiem, czy to miłość, bo ja się nie znam na takich sprawach. Nigdy nie kochałem nikogo poza rodzicami. Ale niech to sobie będzie zwykłe przywiązanie, prezent za piękne chwile się należy.
Wszedłem do środka galerii. Na dzień dobry zacisnąłem zęby i przymrużyłem oczy, ponieważ spostrzegłem tak bardzo nie cierpianych przeze mnie staruszków. Dzisiaj ta niechęć się zwiększyła, bo dostałem parasolką po jajach. Phi. Been cierpi.
Obmyśliłem wcześniej śmiały plan. Idę do Empiku. Ja i moja chyba luba obracamy się w tych samych rockowych klimatach. Ostatnio wyszedł nowy album Nickelbacka, mówiła, że nie kupiła jeszcze, bo brakuje kasy. No, co za idealna sytuacja, to tak jakby Santi Cazorla wyłożył mi piłkę, by wbić ją do pustej bramki. Piłka właśnie zmierza w moją stronę, toteż trzeba się ustawić i wykończyć akcję. Wstyd by był, gdybym nie wykorzystał sytuacji.
Schodami na dół, skręcić w lewo, prosto i nieco w prawo… Prosta budowa samego cegłotworu, jednak pełno tu pachołków, taboretów, dziadków, dresiarzy, bakterii, zepsutego powietrza i wylanej coli na ziemi. To znaczy, coli to mało, bo niewielka plamka, ale między resztą przeszkód trzeba było podryblować. Ostatnio pograłem na śniegu w piłkę nożną, stąd ciągle gadam o dryblingu, piłkach i wstydzie. Been rozmyśla.
Dotarłem do sklepu. Empik zajmuje tutaj ładny hektar. Szczęśliwie dla mnie znałem rozlokowanie poszczególnych przedmiotów, bo chodziło się tu na wagary. Moje pierwsze. Wysiadłem z autobusu, zwymiotowałem za wiatę, w toalecie publicznej zabarwiłem na brązowo muszlę klozetową. W tym stanie się ludziom na oczy nie pokażę, wybrałem mniejsze zło i czytanie w Empiku zamiast biegania po szkole. Ale nieważne. Dział muzyczny szybko mi się objawił, a jedyne stanowisko do odsłuchu zajmował jakiś dresik. Pięść sama się zacisnęła. Ukształtowałem poglądy w tym roku. Zacząłem jakoś… Jak wróciłem z Reva. Od pierwszych dni wziąłem się wtedy za siebie. W szkole poprawiłem oceny, stałem się grzeczniejszy, złapałem pracę na ochronie i w ogóle pięknie.
Nie zastanawiałem się nad tym, co w tym czasie robią ludzie na forum. Pewnie się stronka ładnie rozwinęła, od kiedy zabrakło człowieków od psucia. Tia, nie ma co sobie głowy zawracać. Wypatrzyłem poszukiwany album i podszedłem do jednej z kas. Kurrrrrr, kolejka na 10 osób. W uszy włożyłem swoje słuchawki, podłączone do swojego telefonu, kupionego za swoje pieniądze we własnej robocie. Been się usamodzielnia.
Po piętnastu minutach nadeszła moja kolej. Już miałem płacić.
 – Hej, młody, mam ofertę. oznajmił ubrany na czerwono-zielono-sinoróżowo sprzedawca, ściszając głos tak, że mógłbym się zesrać – i tak nie usłyszałbym go poprzez latynoskie rytmy Carlosa Santany. Wyjąłem słuchawki z uszu i spojrzałem pytającym wzrokiem na tego bezczela.
 – Krótka piłka. Przy gazetach stoi mężczyzna ubrany jak Neo z Matrixa. Przekonaj go, by wreszcie coś kupił i sobie poszedł, a sprzedam ci płytkę za pół ceny. Stoi?
 – A czemu to ja mam go przekonać?
 – A bo wyglądasz na urodzonego negocjatora.
Tak, przekonałem tatę, by oddał mi moje pięć złotych, szczyt dyplomacji!
Ale w sumie… Ten baran pewnie ma święta. Raz się przysłużę, w końcu zaoszczędzoną kasę mógłbym wydać na coś innego, tyle że dla siebie.
 – Niech będzie. Cokolwiek?
 – Cokolwiek.
Zawahałem się, po czym odłożyłem płytkę na ladę. Wypatrzyłem tego kogosia – stał odwrócony do mnie tyłem, nijak nie było widać twarzy. Przybrałem uprzejmy wyraz twarzy, przynajmniej nabrałem takiego przeświadczenia, po czym podszedłem do tego łosia.
– Przepraszam? rzuciłem w przestrzeń obok mężczyzny. Ani drgnął, ciul jeden. Stanąłem obok niego i powtórzyłem pytanie.
Rzucił mi krótkie spojrzenie.
– Czego?
Teraz powinien otrzymać beeńską ripostę. Ulitowałem się. Skojarzył mi się ze studentem.
– Mam ofertę. Dam panu… – zawahałem się – pudełeczko tabaki, za okazyjną cenę dwóch złotych. Świetnie luzuje, dobra na katar, podnosi adrenalinę, w większych ilościach wywołuje halucynacje. To dobry produkt.
Mężczyzna zwrócił ku mnie całą twarz. Krótkie, czarne włosy, jakieś okulary, twarz przedziwnie znajoma. Jakbym widział go kiedyś, rozmawiał z nim, ale ni cholery nie mogłem skojarzyć jego fajcaty. Głos też dosyć znajomy. Chyba. Been podejrzewa.
 – Ja nie używam tego gówna. oznajmił chłopina, patrząc się na mnie z politowaniem. – Wstyd, Been. Tyle czasu, jak krew w piach.
Otworzyłem ze zdziwienia szerzej oczy.
 – Skąd znasz moją ksywkę?
 – Bo mi ją powiedziałeś.
 – Nie przypominam sobie…
 – To było rok temu.
Potrzebowałem minuty, by sobie uświadomić, że rok temu to mnie wciągnął monitor. Żywo pamiętam, do tej pory nie mogę go doczyścić.
 – Ej, chwila… To kim ty jesteś?
 – Bartek.
Bartek, Bartek, Bartek… Been szuka.
Been nie znalazł wyników w bazie danych.
– Nie znam żadnego Bartka. To musi być pomyłka.
 – Vulpi, idioto!

* * *

Moje serce zaczęło dymać płuca.
Oto Vulpi skierował mnie do kibla galeryjnego, a w mojej głowie pojawiły się dziwne myśli. Co on tu robi? Czemu spotkałem go właśnie teraz? Czemu sytuacja wygląda tak, jakby chciał mi przeorać tyłek? Dlaczego to ja mam takiego pecha? Wydawałoby się, wyrwałem się od wpływu komputera. A tu zonk! Spotykam Vulpiego. Mam tylko nadzieję, że nie obudzę się za parę minut z prezerwatywą wystającą mi spomiędzy pośladków. A najlepiej, jakby sobie poszedł.
Szlag, nie kupił niczego… Album za pełną cenę. Brawo, Been! Raz na wozie, raz za lisem.
Bartek otworzył drzwi od toalety. Wszedł pierwszy, ja za nim, po czym zamknął drzwi na klucz. Zmrużyłem oczy. Tanio skóry nie sprzedam.
 – Czego ty ode mnie chcesz? zapytałem hardym głosem, znów zaciskając dłonie w pięści. Praca przy przeprowadzkach dała mi siłę, praca przy plakatach kondycję, co dało mi pracę na ochronie. Jestem w całkiem niezłej formie jak na moje standardy.
– Uspokój się! Niczego ci nie zrobię. Chcę porozmawiać.
 – Dlaczego w kiblu?
 – Bo tu jest spokojnie.
 – W kiblu się sika, a nie dyskutuje.
Ale mi wyszła riposta! Been góruje.
 – Później się posikasz, jak ci opowiem, co na Revie się dzieje. oznajmił Vulpi, poprawiając swój płaszcz. – Z uprzejmości zapytam, czy masz do mnie jakieś pytania.
 – Czy koniecznie muszę tego słuchać?
 – Dam ci tą płytkę Nickelbacka za darmo.
Kusząca perspektywa.
– Mów.
Bartek z zadowoloną miną oparł się o ścianę. Ja oparłem się o drzwi nieopodal.
– Jak wiesz, rok temu dokonały się pewne zmiany w składzie forum. rozpoczął, wkładając dłonie do kieszeni. – I przez pewien czas to nawet działało. Coraz więcej ludzi, coraz większe forum, coraz większe ambicje i przedsięwzięcia. Trwało to kilka miesięcy. Lecz nagle…
Przerwał. Been się wścieka.
 – Mów, a nie urywasz.
 – Chcę to dobrze sformułować, nie przeszkadzaj.
Posłusznie wyjąłem telefon. Dostałem SMS od Play. Zrobią mi jeansy, jak zrobię im pakiet.
Wreszcie czarnowłosy odchrząknął.
 – To było… takie dziwne. Kawa smakowała, kubek umyty, krzesełko nowe, z Ikei… Akurat sobie siedziałem i myślałem, kogo by tutaj zbanować, bo normę trzeba wyrabiać. Doszedłem do wniosku, że lepiej otworzyć serwer Minecrafta… Wiesz, co to?
 – Pikseloza, ponoć są filmiki o jakości gorszej niż grafika gry.
 – Zgadza się, na przykład produkcje forów rywalizujących z Revivalem. No więc otworzyłem ten serwer. Pomyślałem sobie, że tam jak będę banować, to forum nie ucierpi. A jakbym banował na forum, to by ucierpiało. Tak samo herbata. Jak podmucham, to jest dobra. Jak nie podmucham, to jest niedobra. No, ale, otworzyłem serwer, kilku ludzi się zarejestrowało. To nie było to. Na dysku miałem mnóstwo obrazków śmiesznych. A co to kwejk, też wiesz?
 – Wylęgarnia debili, ale mają coś tam do śmiechu. popisałem się swoją wiedzą.
 – Też. No i otworzyłem fobrazki, serwer, by ludzie się rejestrowali i dawali fajne obrazki. Widzisz, i się pośmieję, i zbanuję. To dwie korzyści, także widzisz, że jest progres w uprzyjemnianiu sobie życia. Więc otworzyłem, ludzie dają obrazki, rejestrują się, ale nadal ich mało. I wiesz, co dalej?
 – Nie.
 – Ludzi wymiotło z forum.
Przymrużyłem oczy. Dobrze mu tak. Knur jeden. Been się śmieje.
 – Jak to wymiotło?
 – Początkowo nie wiedziałem. westchnął okularnik. – Później się okazało, że przeszli na forum zbieraczy pokeśmieci. Tam kotwiczą po dziś dzień. Ale mijały miesiące, a tu mamy rozbieżność. Tu maleje ilość naszych, tam rośnie ilość użytkowników. To wcale mnie nie śmieszyło, pamiętaj, że jestem uzależniony od banowania. Ale czas mijał. Ostatecznie unormowało się na pięciu postach na forum dziennie, średnio. I wiesz, co dalej?
 – Zamknąłeś forum?
 – Nie. Zaatakowano nas.
 – Jak to, zaatakowano?
 – Przyszło dwóch idiotów, nie wiem skąd. Mieli w rękach bomby. Chcieli je zdetonować. Szkoda tylko, że uje*ało im ręce, a forum nic się nie stało.
Zacząłem się śmiać.
 – Czyżby małe zabezpieczenie?
 – A, nudziło mi się. przytaknął z uśmiechem na twarzy. – Chociaż idiotyzmu, alias przemocy się nie ogarnie do końca. Pomyślałem, że to byli ci od zbieraczy, ale nie przyznali się. Ale ja i tak wiem swoje. I tu mi jesteś potrzebny.
Aha. Już ogarniam. Odpieprz robotę za niego.
– Czyli?
 – Chciałbym, żebyś poszedł ze mną na Reva. Pomógłbyś mi rozwikłać tą zagadkę. Zapewniam cię, że pomogę ci w tym. Mam kilka pomysłów.
Podszedłem do niego.
 – Nie mogę.
Spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakbym powiedział mu, że zaraz go penis opluje.
 – Jak to…?
 – Widzisz, unormowałem sobie tutaj życie. Bez neta da się żyć. A teraz pojawiasz się i chcesz mi to rozwalić!
 – Nie chcę. Słuchaj, nie minie tu nawet dziesięć minut. Pójdziesz, pomożesz, wrócisz.
 – Ja też nie chcę.
 – Spotkasz się ze znajomymi.
Podniosłem opuszczoną przez chwilę głowę.
 – Kto ocalał?
 – A, to niespodzianka.
 – Proszę, powiedz!
 – Zenek został, przykładowo.
Przypomniały mi się krótkie chwile, kiedy sobie gadaliśmy. Fajny gostek.
 – I zresocjalizowaliśmy Darka.
Przypomniał mi się sado-maso łeb.
 – Wskrzesiliśmy 3da i zrobiliśmy z niego zmutowanego pączka.
Klatka.
 – Karla opiekuje się PBFem.
Zabłysnęły mi oczy.
 – I mamy też kilku człowieków, dla których Rev jest czymś więcej, niż tylko forum. Oni tam spędzą święta. Chcę, by te święta były dla nich piękne. Bezpieczne. Zlituj się, pomóż!
 – Ja nie obchodzę świąt. mruknąłem po dłuższej chwili.
 – Ja też nie, w dupie mam te choinki…
Tylko jak one mu się tam mieszczą?
– …ale dbam o nich. Przyszli do nas w trudnym momencie, starali się, należy im się podziękowanie. Ty spotkasz się ze znajomymi, pomożesz. Co cię tu trzyma przez te dziesięć minut? Sam mówisz, że byliśmy impulsem do zmian w twoim życiu.
Zamknąłem oczy. Po chwili otworzyłem. I znów zamknąłem. Negocjator przegrywa u siebie z Bartkiem i traci szansę na spokojne święta.
Ale może się zrewanżować…
 – No dobrze.
 – Więc ugadane! Powiedz tylko „zaloguj się”.
Po chwili Vulpi zamigotał i zniknął. Cholera niech go. Przyszł, wzbudził współczucie, tęsknotę za kilkoma człowiekami, w imię tradycji poprosił o pomoc i znikł.
Jestem idiotą.
 – Zaloguj się.

Reklamy

Odkurzenie

Phi. Potrzebowałem dwóch miesięcy, by zajrzeć na swojego bloga 😉

Generalnie chwilowo zawieszam pisanie „Narayana”. Początkowy entuzjazm wystygł, wplątała mi się robota i nie miałem jak nawet tego pisać. W sumie po nocach to się nudzę, będę mógł na nowo obmyślić i napisać pierwsze rozdziały – aczkolwiek nie nastąpi to teraz.

Wprowadziłem dzisiaj dział dla opowieści wigilijnej dla Forum Revival. Cóż, nawet jak forum padnie (oby jednak nie) albo skończy się czas mojego pobytu tam (też oby nie) to będę miał swój wytwór też u siebie.

Na bieżąco będę aktualizować temat Opowieści.

Wskrzeszenie bloga

Witam w moich bardzo skromnych progach. W związku z tym, że ruszyłem już z produkcją jednego z – mam taką cichą nadzieję – licznych opowiadań, a miejsca na ich publikację nie miałem, więc zdecydowałem się na remont generalny i wskrzeszenie mojego ostatniego „pamiętnika”. Całkowicie wyczyściłem poprzednią zawartość, oraz dodałem skromną ilość nowej; skromną, bo owoce mojej pracy dopiero dojrzewają, a zanim spadną w postaci gotowizny minie jeszcze nieco czasu.

W zasadzie chciałbym się już teraz podzielić informacjami na temat mojego aktualnego projektu. Tytuł będzie brzmiał „Narayan”, a będzie to złożona z trzynastu rozdziałów opowieść o synu szamana małego, koczowniczego plemienia Ezzehun, zamieszkującego gorące i bezlitosne piaski pustyni Nhumd. Owy syn, o imieniu Narayan (tak, zgadliście) będzie mieć przed sobą „test ducha”, polegający na ocenieniu i rozwoju jego umiejętności w sztuce szamanizmu. Ponadto Narayan zmierzy się z pierwszym zauroczeniem, on sam zaś stanie przed pewnym moralnym dylematem.
Wstępnie zaplanowałem, że każdy rozdział będzie pojawiać się co mniej więcej dwa tygodnie, chociaż to może się zmienić. Sama data powstania i publikacji rozdziału pierwszego nie jest znana jeszcze mi 🙂

Naprawdę nie wiem, co mógłbym jeszcze dodać, dlatego uznam iż co powinienem to napisałem, a zapomnianą resztę doda się przy okazji x3

Do komentowania jeszcze nie zachęcam, bo na to przyjdzie czas 🙂